Jože Plečnik (1872-1957): Słoweniec w Pradze

I když je Slovinec, opravdu je tak trochu „náš”, mówią dziś Czesi. Słoweńskiemu architektowi Praga zawdzięcza kilka wybitnych dzieł. Przede wszystkim jedyny w swoim rodzaju, najbardziej nieoczywisty z praskich kościołów, świątynię Najświętszego Serca Jezusowego (Nejsvětějšího srdce Páně). Ten kościół zna każdy, kto trochę zboczył z głównego traktu turystycznego i zapuścił się na Vinohrady. Zadziwiająca Arka Noego okryta gronostajowym płaszczem, ze zwieńczoną królewskim jabłkiem potężną wieżą, której rozeta jest olbrzymią tarczą zegarową. Kościół-krążownik płynie majestatycznie po wzburzonym świecie. Klasyczny i nowoczesny. Estetyczna niespodzianka.

A wielki wkład Plečnika w dzisiejszy wygląd praskiego wzgórza zamkowego jest mniej doceniany. Bo też jego hradczańskie projekty są kameralne, nie narzucają się, przyćmione przez wielką architekturę, a niektóre są zresztą całkiem niedostępne oczom zwykłych śmierelników, bo należą do strefy zamku zastrzeżonej dla głowy państwa. Za pierwszej republiki przez kilkanaście lat Jože Plečnik pełnił funkcję architekta Hradu, wybrany przez prezydenta Masaryka, który powierzył mu zadanie estetycznego uporządkowania przestrzeni oraz przystosowania części wnętrz do nowej funkcji – administracyjnej i mieszkalnej. I nikt nie zgłaszał sprzeciwu, że nie-Czech-nie-Słowak decyduje o image’u najważniejszego w Czechosłowacji miejsca… Dopiero w latach 30-tych, na fali wznoszącej nacjonalizmu, odezwały się głosy „nie nasz! nie nasz! czy to mało mamy własnych architektów?!”

Czytaj dalej

Hradecki salon Kotěry

Hradec Králové – w wersji polskiej, rzadko używanej: Grodziec Królowej, a w niemieckiej, bardziej znanej: Königgrätz (tak, to ten Königgrätz od słynnej austriackiej klęski w bitwie pod Sadową) – bywa nazywane „salonem Republiki”, pierwszej Republiki. Głównie za sprawą architekta Josefa Gočára, który w latach 20-tych opracował plan nowej części miasta: wytyczył place i promieniście rozchodzące się ulice, przewidział napowietrzające kliny zieleni i postawił monumentalne, funkcjonalne gmachy publiczne. To nowoczesne miasto godne nowego państwa zbudowano na zachodnim brzegu Łaby. Po wschodniej stronie rzeki, a ściślej, w widłach Łaby i Orlicy, stoi miasto stare, trochę gotyckie, trochę barokowe, kiedyś zamienione w twierdzę, w początkach XX wieku uwolnione z gorsetu fortyfikacji. Obie części łączy przerzucony nad Łabą, reprezentacyjny Pražský most.

A symbolicznym łącznikiem „między dawnymi a młodszymi czasy” jest zespół budynków wzniesionych przed wybuchem Wielkiej Wojny według projektów Jan Kotěry: Okresní dům, palmiarnia (Palmová zahrada) na tyłach hotelu Grand, miejskie muzeum – wszystko w pobliżu nabrzeża nazwanego imieniem królowej Elżbiety Pomorskiej (Eliščino nábřeží) – i kioski na przedmościach owego łącznika starego z nowym.

Jan Kotěra (1871-1923) uchodzi za pioniera czeskiej nowoczesnej architektury, ojca czeskiego funkcjonalizmu. W 150 rocznicę jego urodzin badacze zmierzyli się z tym mitem, weryfikując wiele obiegowych sądów. Ale nie ulega wątpliwości, że to architekt świetny i ważny.

Czytaj dalej

Jan Kupecký (1666-1740)

Miłośnik jasnych podziałów będzie miał z nim kłopot. Czech? Słowak? Austriak? Niemiec? Węgier? Z bardzo prostej, niezamożnej rodziny czeskich protestantów, uciekinierów z rekatolicyzowanych Czech, urodzony pod Pozsony, czyli Bratysławą, wówczas węgierską. Kształcił się na Morawach, potem w Wiedniu, a wreszcie przez Wenecję dotarł do Włoch, na dwadzieścia lat osiadł w Rzymie. Potem znów Wiedeń, wypady do Czech, ostatnie kilkanaście lat życia w Norymberdze. Gdyby nie długi włoski etap, można by powiedzieć: Środkowoeuropejczyk. W źródłach występuje różnie, niejednokrotnie nawiązuje do swego czeskiego pochodzenia (Mahler aus Böhmen albo Pictor boemus; czy tego drugiego miana nie odczytalibyśmy dziś chętnie – nawiązując do dwuznaczności słowa „boemus” – jako „malarz wędrowny”?). Spójrzmy jak etykietuje go współczesna alfa i omega, Wikipedia: w polskiej wersji – „malarz słowacki”, w słowackiej – „węgierski czeskiego pochodzenia”, w czeskiej – jednoznacznie Czech, podobnie, o dziwo, w niemieckiej (chociaż malarz występuje tu jako Johann Kupetzky) i angielskiej, a Francuzi znów uważają go za Słowaka. Problem dla mnie drugorzędny, ale jednak znajduje odbicie w literaturze przedmiotu: nigdy nie wiadomo, kto potraktuje go jako „swojego”, a kto zignoruje.

Autoportret, po 1690

A to chyba największy portrecista swoich czasów. Nie tylko pod względem ilości, chociaż i tego aspektu nie można pominąć – to tysiące obrazów!

Czytaj dalej

Największa: Wielka synagoga w Pilznie

To, że jest największa w Czechach (a podobno w Europie druga co wielkości, po Budapeszcie) nie jest dla mnie szczególnie ważne. Ale to, że taka ogromna, okazała budowla stojąca w reprezentacyjnym miejscu, widoczna zewsząd, dominująca nad okolicą, przetrwała ponury czas Trzeciej Rzeszy? Imponujące synagogi w Ołomuńcu i Brnie padły ofiarą podpalaczy zaraz po zajęciu tych miast przez niemieckie wojsko, 15 i 16 marca 1939 roku, wiele innych podzieliło ich los. To prawda, sporo synagog w Czechach, z monumentalnymi praskimi bożnicami na czele, Hiszpańską i Jerozolimską, przeżyło czas Protektoratu w lepszym lub gorszym stanie, zamienione głównie na magazyny. Ale ta w Pilznie robi wyjątkowe wrażenie. Położona przy jednej z głównych arterii, rzut beretem od staromiejskiego rynku, widoczna z daleka, a cebulaste hełmy na wieżach, zwieńczone iglicami z gwiazdami Dawida, stały się jedną z dominant w pejzażu miasta.

Czytaj dalej

Contra pestem medicina

Ołomuniecka katedra nosi wezwanie świętego Wacława. kościół farny – świętego Maurycego. Ale patronką miasta jest Paulina, rzymianka z bardzo zamierzchłych czasów i tajemnicza. Została nią trochę przez przypadek, za sprawą zarazy. Poza Ołomuńcem i tutejszą diecezją słabo znana i rzadko przedstawiana w sztuce.

Nie wiadomo, kim właściwie była. Czy córką strażnika więziennego Artemiusza i Kandydy? Dziewicą czy mężatką? Nawróconą na wiarę chrześcijan pod wpływem męża, Hadriasa, czy opętanym dziewczęciem uzdrowionym i sprowadzonym na ścieżki Pańskie przez Piotra Egzorcystę? Podobno zamęczona za panowania cesarza Dioklecjana, w początkach IV wieku. Czy została z matką ubiczowana, ukamieniowana, ścięta, a może porzucona w jaskini, której wejście zasypano kamieniami? Wersji legendy jest wiele. Jedno się powtarza: jej imię zapisały starożytne martyrologia pod datą 6 czerwca. Przez stulecia kości Pauliny wraz ze szczątkami setek innych osób spoczywały – czyli zaznawały zasłużonego spokoju – w rzymskich katakumbach przy via Aurelia, aż po soborze trydenckim postawiono je wydobyć i użyć w dziele rekatolizacji ziem, które w okresie reformacji odżegnały się od Rzymu. Morawy nie były co prawda domeną protestantów, ale jednak husytyzm i luteranizm krążyły wokół, więc na wszelki wypadek wyposażono ołomuniecką diecezję w stosowny oręż. W 1622 roku papież Grzegorz XV podarował sporą część szczątków Pauliny generałowi Towarzystwa Jezusowego, a już w następnym roku pewien jezuita przywiózł je – nie tylko różne drobne kosteczki, ale i kompletną czaszkę, to wielki zaszczyt! – do Ołomuńca, razem z mnóstwem innych świętych kości.

Relikwiarz św. Pauliny w krypcie katedry w Ołomuńcu
Czytaj dalej

„Bicz na Hebrajczyków” z odsieczą Belgradowi: Jan Kapistran w Ołomuńcu

W 1451 roku wyruszył z misją do Europy Środkowej najsłynniejszy wówczas franciszkanin nurtu obserwanckiego, prawnik, legat papieski wspierany przez cesarza Fryderyka III, porywający tłumy kaznodzieja. Podobno charyzmatyczny, na pewno fanatyczny. Nie bez kozery znany jako „bicz na Hebrajczyków”.

Giovanni da Capestrano, już – jak na tamte czasy – mocno wiekowy, miał wówczas trzydziestoletnie doświadczenie w fachu inkwizytora. Jego nowym zadaniem było zasadniczo zwalczanie husytyzmu, ale że podsycanie konfliktu z królem Czech, Jerzym z Podiebradów, nie leżało w zamiarach cesarza ani papieża, franciszkanin ostrze swych publicznych kazań skierował przeciwko zbytkowi i przeciw lichwie. Do Ołomuńca słynny mnich dotarł po raz pierwszy w 1451 roku, powrócił po trzech latach.  Pierwsze kazanie wygłosił przed katedrą, drugie na rynku, a gdy i tam tłum chętnych nie mógł się pomieścić, przeniesiono nabożne zgromadzenia na podmiejskie błonia, tam gdzie na łąkach rozkładano płótno do bielenia (dziś część miasta zwana Na Belidlech). Prawdopodobnie nauczał po łacinie, a przekładano jego słowa na niemiecki i czeski. Na pewno grzmiał, wznosił akty strzeliste, groził wizją piekelnych mąk, modulował głos i dramatycznie go zawieszał. Wzruszał i budził trwogę.

Czytaj dalej

Ku pamięci: nietypowy monument nietuzinkowego człowieka

Wczesnym rankiem 12 lipca 1933 roku niedługo po starcie z lotniska w Otrokovicach spadł na ziemię i rozbił się samolot Junkers F13. Pilot Jindřich Brouček nie powinien i nie chciał startować w gęstej mgle. Ale pasażer nie należał do tych, którzy by znosili sprzeciw. – Nie jestem przyjacielem czekania – odpowiada pięćdziesięciosiedmioletni Tomáš. [Mariusz Szczygieł, Gottland]. Zaplanował, że tego dnia otworzy w Szwajcarii kolejny firmowy sklep. „Startują i po siedmiu minutach przy prędkości sto czterdzieści pięć kilometrów na godzinę samolot uderza w komin fabryki. Samolot rozpada się na trzy części, a złamane żebro wbija się w serce Tomáša  Baty„.

Pilot i pasażer zginęli na miejscu. Pasażer, a zarazem właściciel samolotu (i lotniska! cóż w Zlinie i okolicach do niego nie należy?…) to postać znana, król Midas czechosłowackiego przemysłu (nie tylko) obuwniczego, wizjoner, apodyktyczny przedsiębiorca. Miasto Zlin zawdzięcza mu prawie wszystko. Z rzemieślniczej mieściny stało się miastem-symbolem sukcesu, miastem zaprojektowanym prawie na surowym korzeniu, od podstaw, pierwszym na świecie miastem zbudowanym w duchu funkcjonalizmu, obiektem podziwu architektów z Le Corbusierem na czele. Budynki stawiane we wzorcowym mieście – biurowce, domy mieszkalne, internaty, ratusz, szpital, kino, sokołownia – miały być proste i wygodne. Podobno Baťa miał powiedzieć: „Nie pozwólmy architektom, aby budowali pomniki!”. Ironia historii sprawiła, że w 1933 roku architekt, który nadał Zlinowi charakterystyczny, jednorodny image, František Gahura, zaprojektował jednak pomnik, szczególny monument – Památník Tomáše Bati.

Pomnik-budynek. Zupełnie różny od typowych dla zlińskich „batowskich” brył o żelbetowych szkieletach wypełnionych czerwoną cegłą i przeprutych dużymi oknami. Ascetyczny, w pełni przeszklony pawilon o rytmicznych, gęstych podziałach. W dzień absorbujący światło z zewnątrz, wieczorem promieniejący blaskiem z wnętrza, przez grube, półprzezroczyste szyby z katedralnego szkła. Budynek, a trochę jakby rzeźba w plenerze – co nie powinno dziwić, skoro Gahura z wykształcenia i zamiłowania był przede wszystkim rzeźbiarzem.

Czytaj dalej

Karel Škréta (1610-1674)

Ściślej: Karel Škréta Šotnovský z Závořic. Malarz szlachetnie urodzony, choć nie z bardzo starego i znacznego rodu, to dopiero trzecie herbowe pokolenie. Malarz, który prawie zadomowił się w Rzymie, ale jednak wrócił do Czech, nieźle obeznany w malarstwem Cinquecenta, z bolońskim akademizmem, Caravaggiem. Kamień węgielny barokowego malarstwa w Pradze, dopiero kilkadziesiąt lat później zabłysną Brandl, Reiner i Kupecký.

Urodzony w Pradze jako siódme dziecko królewskiego urzędnika, wcześnie przez ojca osierocony. Podobno Konrad Škréta przed śmiercią zobowiązał żonę, by wychowała dzieci w wierze i dopilnowała ich wykształcenia. Kateřina – de domo Herkulesova! – wywiązała się skrupulatnie: niewiele wiemy o pozostałych dzieciach, ale Karel ukończył dobrą praską szkołę, posługiwał się biegle kilkoma językami. Zobowiązanie do wierności wierze wiele rodzinę miało kosztować: kilka lat po białogórskiej klęsce Škrétowie, należący do Jednoty Braci Czeskich, odmówili powrotu na łono Kościoła katolickiego i musieli emigrować, tracąc cały majątek. Karel miał lat osiemnaście. Poradził sobie. Przymusowa wędrówka po Europie dobrze mu zrobiła.

Przyjmuje się, że jeszcze w Pradze uczył się malarstwa, być może u Flamanda Aegidiusa Sadelera, pracującego dla cesarza Rudolfa II. Jeśli tak było, nabrał zapewne manierystycznej maniery. Co robił w Saksonii i w Stuttarcie – nie wiemy, ale niebawem, w 1630 roku jest już w Wenecji. I nie mógł nie zachłysnąć się Tintorettem, Veronesem i Tycjanem. A potem przez Florencję dotarł do Rzymu i wydawało się, że tu zapuści korzenie. Chłonie Michała Anioła, Caravaggia, studiuje bolończyków, ale przyjaźni się z malarzami z Północy – do tego stopnia, że przyjęli go do swego elitarnego bractwa (Bentvueghels, zwanego też Schildersbent). Maluje portrety. Podobne do tego, na jakim uwiecznił go Tinelli.

Tiberio Tinelli, Portret Karela Škréty, ok. 1635

Ale ciągnie go w rodzinne strony, wraca, najpierw do Saksonii – czy na rekonesans? to rzut beretem od Czech – a w 1638 roku do Pragi. Zgodę władz okupi konwersją na katolicyzm, szczerą czy koniukturalną, tego się nie dowiemy. Zapewne znalazł wsparcie w kręgach kościelnych lub wśród wyższych urzędników, bo szybko udaje mu się odzyskać skonfiskowany rodowy majątek. Otwiera pracownię na Starym Mieście i nie ruszy się stąd aż do śmierci. Zamożny, ceniony i poważany – prascy malarze wybrali go na swego cechmistrza.

Czytaj dalej

Szumi, szumi woda: ołomunieckie fontanny

Podobno w starym Ołomuńcu jeszcze dziś można znaleźć ponad czterdzieści fontann i studni publicznych. Aż tylu nie naliczyłam, ale jest ich rzeczywiście sporo. Co w zasadzie nie zaskakuje – w czasach przed-wodociągowych skądś ludzie wodę musieli czerpać: z rzek, kanałów i ze studni. Dostęp do wody to być albo nie być. Więc budowano tych ujęć wiele. Szczęśliwie ząb czasu tylko trochę je uszczuplił, co zawdzięczamy zapewne temu, że wodociąg powstał w Ołomuńcu dość późno, zbiorniki były po prostu potrzebne i dbano o nie.

Kašny, które dziś widzimy na obu rynkach i w ich pobliżu, w większości powstały w XVII i XVIII wieku, budowane niemałym nakładem przez kilkadziesiąt lat. Wiekszość zawdzięcza powstanie niezmordowanemu Vaclavovi/Wenzlowi Renderowi, kamieniarzowi, który za punkt honoru wziął sobie nadanie ołomunieckim rynkom godnej oprawy. I jest to wyjątkowy, świetny zespół, jednorodny stylistycznie. Sześć fontann stanęło w samym sercu miasta, w miejscach prestiżowych i tam, gdzie krzyżowały się najbardziej uczęszczane szlaki komunikacyjne. Wszystkie oczywiście barokowo wystawne i ekspresyjne, a każda inna. Nie tylko zdobią je różni bohaterowie, ale i kształty zbiorników nie powtarzają się – wieloboczne, wielolistne, ze schodami lub bez; dobrze to widać, gdy z góry wieży ratuszowej spojrzymy na oba rynki i ich okolice. Wszystkie wpisują się w antyczną tradycję, wprowadzając do morawskiego miasta rzymskich bogów, herosów i wodzów. Wątki i motywy z grecko-rzymskiej starożytności to oczywiście dla baroku nic szczególnego, ale wydaje się, że tutaj nabrały szczególnego wydźwięku. Ołomuniec, który przez stulecia był najpotężniejszym miastem na Morawach, w XVII wieku dramatycznie podupadł i systematycznie zaczął tracić pozycję na rzecz Brna. Splot niepomyślnych okoliczności – a właściwie długi ciąg nieszczęść: wielki pożar, kontrybucje wojenne, nawracające zarazy, zniszczenia czasu wojny trzydziestoletniej, ośmioletnia okupacja przez Szwedów – sprawił, że z dawnej świetności niemal nic nie zostało. Wydawało się, że się miasto z tej zapaści nie podźwignie. Wzmocnienie morale mieszkańców stało się pierwszą potrzebą miasta wychodzącego z kryzysu. Odwołano się więc do tradycji wielkiego imperium, do legendy o rzymskich praszczurach.

W najbardziej honorowym miejscu, przed loggią ratusza, stanął sam Juliusz Cezar na wspiętym koniu, w laurowym wieńcu (sześcioramienną gwiazdę boskości stracił pod koniec XIX wieku). Dlaczego akurat Cezar? Wedle XVI wiecznego tekstu, który rychło stał się oficjalną legendą miejską, to właśnie on miał być założycielem Ołomuńca; wywodzono nawet nazwę miasta od łacińskiego Iuliomontium albo Iuliimons. Wódz spogląda w stronę wzgórza Michalskiego, tam każe postawić obóz, już dzierży w dłoni gotowy akt założycielski. Legenda wydaje się komicznie megalomańska, a jednak nie jest całkiem pozbawiona historycznych podstaw – co prawda obecności Cezara na Morawach nie sposób dowieść, ale na wzgórzu gdzie dziś stoi kościół św. Michała archeologowie znaleźli pozostałości rzymskiego castrum z 2 wieku naszej ery, z czasów walk z Markomanami.

Czytaj dalej